Czas pożyczony, czas zapisany. Grynberg o zawale i pisaniu o życiu
Podcast Polityka o książkach prowadzony przez Justynę Sobolewską przyzwyczaił słuchaczy do rozmów z autorami, w których literatura spotyka się z doświadczeniem życia. W jednym z najnowszych odcinków krytyczka rozmawia z Mikołajem Grynbergiem o jego książce Rok, w którym nie umarłem – zapisie zawału, który stał się nie tylko medycznym doświadczeniem granicznym, ale też literackim materiałem i impulsem do nowego spojrzenia na świat.
Czas i świadomość śmiertelności
Już od pierwszych minut rozmowy Grynberg podkreśla, że kluczowym bohaterem tej książki jest czas. Zawał spowodował, że przestał myśleć o nim w kategoriach abstrakcyjnych. – „Po tej historii niewątpliwie inaczej zacząłem traktować czas. Już nie będę robił rzeczy, których nie lubię, bo nie wiem, ile zdążę” – mówi.
Czas staje się obsesją, która przybiera czasem kształt kabalistycznych rachunków. Pisarz przyznaje: – „Stałem się kabalistą. Liczę, ile kto miał lat, czy to znaczy, że ja tyle będę miał. To są ślepe uliczki, ale kiedy dopuścisz je do głowy, wylewają się całe teorie”. Sobolewska zauważa, że to wspólne doświadczenie: wraz z wiekiem każdy z nas zaczyna zastanawiać się nad liczbami – trzydziestką, czterdziestką, siedemdziesiątką. „Nie trzeba zawału, żeby ta struna zaczęła wibrować” – dodaje Grynberg.
To napięcie między świadomością końca a chęcią życia powraca w całej książce. Autor przyznaje, że przez lata śnił o tym, iż próbuje policzyć datę własnej śmierci. „Podświadomie chciałbym wiedzieć, ile mam czasu – ale jednocześnie, kiedy o tym rozmawiamy, zdaję sobie sprawę, że to wiedza, której bym nie udźwignął”.
Od opowiadania do pisania
Co ciekawe, Rok, w którym nie umarłem nie miał powstać. Grynberg przez wiele miesięcy był przekonany, że tę historię opowiedział już zbyt wiele razy, by cokolwiek zapisywać. – „Zatrułem rok moim najbliższym i dalszym opowiadaniem o zawale. A normalnie mam zasadę, że jeśli coś komuś opowiem, to już tego nie napiszę” – wspomina.
Bliscy jednak naciskali. „Musisz to napisać” – powtarzali. On odpowiadał: „Nie ma sensu, Białoszewski już napisał Zawał”. Autor wraca do lektury z liceum: wówczas był zbyt młody, by rozumieć wagę tego tekstu, ale doświadczenie własnej choroby otworzyło go na nowo.
Moment przełomowy nadszedł dopiero w grudniu, dziewięć miesięcy po zawale. – „Urodziłem pierwsze opowiadanie i wtedy zrozumiałem, że w kolejce stoją następne. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się takie pisanie, że teksty były gotowe w głowie, bo tyle razy je opowiedziałem” – mówi Grynberg.
Grynberg ma w dorobku zarówno fotografie – m.in. album Dużo kobiet (2009) i Auschwitz – co ja tu robię? (2010), prezentowane na całym świecie – jak i książki o pamięci: Ocaleni z XX wieku (2012), Oskarżam Auschwitz (2014), Księga wyjścia (2018). Szeroką publiczność zdobyły jego prozatorskie tomy Rejwach (2017) i Poufne (2020). Rejwach nominowany był do Nike i Angelusa, a w USA znalazł się w finale National Jewish Book Awards.
Jednym z najciekawszych wątków książki jest opowieść o wspólnocie pacjentów. Zaskakująco wiele w niej ciepła. – „Wcale mi nie przeszkadzało, że ktoś chrapie. To znaczyło, że żyje. Jakby nagle przestał chrapać, to bym się bał, że umarł” – mówi Grynberg.
Ta wspólnota jest inna niż wszystkie – nie ma w niej miejsca na rozmowy, które mogłyby ją zburzyć. – „Ludzie nie wchodzą na tematy, które wysadziłyby salę w powietrze. Raczej rozmawiamy o tym, co nas łączy” – tłumaczy. Bywa jednak inaczej. Grynberg opisuje także doświadczenie męskiej szatni, pełnej homofobicznych i antysemickich komentarzy. – „To polska nuda. Ciągle te same frazy o tym, kto jest gorszy. Najgorsze jest, że wstydzę się, że nie zawsze reaguję. Ale myślę, że wszyscy to znamy”.
Ważnym elementem narracji jest także cielesność – ta najbardziej banalna, szpitalna. Sobolewska zauważa: „Piszesz o szpitalu z takim spojrzeniem, które odczarowuje krępującą cielesność. W rozpiętej piżamie i z szafką obok jesteśmy my wszyscy”. Grynberg odpowiada: – „Czułem, że muszę pisać szczerze. Nie chować, nie lawirować. To była dzika przyjemność – bycie szczerym, bez lęku przed pretensjonalnością”.
Relacje rodzinne i obecność nieobecnych
W tle całej książki obecny jest ojciec pisarza. Śmierć rodzica i pamięć o nim staje się kolejnym filtrem, przez który Grynberg patrzy na własne doświadczenie. – „Wiem, że nasze relacje z rodzicami nie kończą się, kiedy umierają. One dalej ewoluują, godzimy się z nimi, oddalamy, wracamy. Zawał był katalizatorem tego procesu” – mówi.
W książce pojawia się też imię Marcina Wichy. To szczególnie osobisty fragment. – „Mogę publicznie czytać różne kawałki tej książki, ale tego jednego nie dam rady. Próbowałem i nie mogłem. To dziwne, ale o Wichcie nie mogę mówić bez emocji, bardziej niż o sobie” – przyznaje pisarz.
Polska codzienność w pigułce
Książka, choć osadzona w realiach szpitala, wychodzi poza nie. Grynberg przygląda się językowi i zachowaniom, które ujawniają się w „męskiej szatni”. – „To miejsce, gdzie poziom ryzyka jest wyższy. Padają homofobiczne, antysemickie komentarze, uprzedmiotowienie kobiet. I człowiek ma wstyd, że nie reaguje. To też chciałem pokazać – ten wstyd”.
Sobolewska komentuje: „To mała Polska, a właściwie wielka Polska, w której ludzie bez obciachu mówią, że czują się lepsi od innych”. Grynberg odpowiada krótko: – „Nie ma o czym gadać. Trzeba się wytrzeć, ubrać i wyjść”.
Happy end, który nie jest happy endem
Struktura książki była dla autora problemem. – „Książka, która zaczyna się od dramatu, a potem jest coraz lepiej, to katastrofa. Happy end jest nudny” – przyznaje Grynberg. Dlatego szukał innych napięć – obserwacji, drobnych przesunięć emocjonalnych. „Nie trzeba, żeby ktoś umarł, by było interesujące. Zniuansowałem się, zrobiłem mniej radykalny. Szukam ciekawości w życiu, a nie tylko w śmierci” – mówi.
Sobolewska dodaje: „Happy end nie musi być zły. W tej książce czytelnik go oczekuje – że pacjent przeżył. A jednak między początkiem a końcem wydarza się coś znacznie ważniejszego – zmiana”.
Życie po zawale
Zmiana nie jest tylko literacka. Grynberg mówi o decyzjach praktycznych: – „Zrezygnowałem z motocykla. Jeździłem wiele lat, ale teraz chcę minimalizować ryzyko. Frajdę już miałem, teraz mógłbym tylko skrócić sobie życie. A ja bardzo chcę żyć”.
Zamiast prędkości liczy dziś tętno. – „Na rowerze nie interesuje mnie licznik prędkości, tylko to, czy jestem w dobrym przedziale tętna. To najważniejszy parametr”. Zawał sprawił, że pisarz inaczej wsłuchuje się w swoje ciało – dosłownie „trzyma rękę na pulsie”.
Ale zmiana dotyczy także relacji z innymi. – „Na festiwalu usłyszałem: ‘Grynberg zrobił się milszy, mniej się go boję’. Byłem zdziwiony, że ktoś się mnie bał, ale chyba faktycznie – stałem się milszy” – opowiada.
Literatura jako sposób przeżywania
Rok, w którym nie umarłem to książka, w której śmiech przeplata się ze wzruszeniem. „To opowieść, przy której się śmiejemy, ale mamy też mokre oczy” – mówi Sobolewska. To także zapis wspólnoty, w której każdy może się przejrzeć: „A mój tata, a moja mama, a ja” – tak, według Grynberga, wyglądają spotkania autorskie po tej książce.
Sam autor podsumowuje: – „Czułem, że warto pisać, bo wszyscy czujemy to samo. Może ktoś zobaczy siebie, może kogoś bliskiego. Wreszcie czułem się szczery”.
„Rok, w którym nie umarłem” staje się dla Mikołaja Grynberga nie tylko rekonstrukcją dramatu, ale świadectwem wdzięczności, śmiechu i literackiej odwagi.
Justyna Sobolewska, rozmówczyni w podcaście, od lat uchodzi za jedną z najważniejszych polskich krytyczek literackich. Autorka Książki o czytaniu, wyboru opowiadań Kornela Filipowicza i biografii Miron, Ilia, Kornel, a ostatnio Jadwiga. Opowieść o Stańczakowej. Laureatka PIK-owego Lauru, jurorka nagród literackich – łączy krytyczny warsztat z empatią i pasją popularyzatorki czytania.
Wspólna rozmowa tej dwójki – pisarza, który przeżył, i krytyczki, która z niezwykłą czułością prowadzi rozmowy o literaturze – staje się czymś więcej niż wywiadem. To spotkanie dwóch sposobów opowiadania o życiu, które nie przestaje zaskakiwać.
