fot. Tomasz Gezela
fot. Tomasz Gezela
W epoce, w której możemy przesyłać obrazy z Marsa i klonować genomy, wciąż nie potrafimy – a raczej nie chcemy – rozwiązać najbardziej elementarnego problemu ludzkiego przetrwania: głodu. W książce „Głód” Martína Caparrósa ten stan rzeczy nie jest analizowany w perspektywie odległych tragedii – on jest oskarżeniem nas wszystkich. I to nie w patetycznym tonie moralizatorskim, ale w spokojnym, niemal chirurgicznym stylu, który jednocześnie tnie i boli.
Najbardziej poruszające w książce Caparrósa nie są same historie – choć te są wstrząsające – ale fakt, że głód nie jest wynikiem braku zasobów, lecz ich dystrybucji. Żyjemy na planecie, która produkuje wystarczająco dużo żywności, by nakarmić dwie planety. A mimo to co dziewiąta osoba na Ziemi nie je do syta. W tym świetle głód nie jawi się już jako „problem humanitarny”, lecz jako produkt uboczny globalnego systemu gospodarczego, skutek uboczny naszych codziennych wyborów – politycznych, konsumenckich, a nawet językowych.
Zachód, karmiony mitologią efektywności i rynku, rzadko dostrzega, że globalne rolnictwo i handel żywnością są polem gry nie tyle o chleb, co o władzę. Ceny ryżu i pszenicy ustalane są przez giełdy, nie przez potrzeby ludzi. A śmierć głodowa, jak pisze Caparrós, to „najbardziej wolnorynkowa ze śmierci” – nie płacisz, nie jesz. Giniesz w milczeniu.
Caparrós przypomina, że głód nie tylko niszczy ciała – on wypiera myślenie o przyszłości. To nie tylko fizyczny brak kalorii – to metafizyczne doświadczenie wykluczenia z sensu świata. Człowiek głodny nie tworzy sztuki, nie uczestniczy w debacie publicznej, nie stawia oporu. Jest zredukowany do ciała, które boli. To dlatego głód jest tak skutecznym narzędziem kontroli.
Ale książka nie jest tylko diagnozą. Jest również pytaniem: jak to możliwe, że my – ludzie wykształceni, poinformowani, wrażliwi – pozwalamy na to wszystko, wiedząc o tym? Odpowiedź jest trudna do przełknięcia: nie dlatego, że nie wiemy, ale dlatego, że się przyzwyczailiśmy.
Reportaż Caparrósa to nie tylko reportaż – to esej filozoficzny w przebraniu dziennikarstwa. Autor nie ukrywa własnych emocji, gniewu, rozdarcia między rolą świadka a poczuciem własnej bezradności. W jednym z fragmentów pyta: „Czy mogę opisać głód, kiedy po wyjściu z nędznego domku czeka na mnie kolacja w hotelu?”.
To pytanie dotyczy też nas, czytelników. Jak czytać o śmierci dzieci z niedożywienia, mając obok siebie kieliszek wina? Jak nie odczuwać winy? Caparrós nie domaga się pokuty. Domaga się uwagi. To być może największy gest humanistyczny tej książki – przywrócić widzialność tym, których nie widać, nie dlatego, że ich nie ma, ale dlatego, że są za mało „interesujący” dla algorytmów i kamer.
Po lekturze „Głodu” trudno wrócić do świata w taki sam sposób. Caparrós nie daje prostych recept. Wie, że problem jest systemowy, ale przypomina, że system to suma naszych decyzji. Może więc warto na nowo przemyśleć nie tylko to, co kupujemy i jemy, ale też co akceptujemy w strukturach świata, których jesteśmy częścią.
Nie chodzi o poczucie winy. Chodzi o poczucie odpowiedzialności – za słowa, które wybieramy, za sprawy, o których milczymy, i za światy, które wspieramy naszą codziennością.
Martín Caparrós nie napisał książki o głodzie. Napisał książkę o nas – o tym, jak potrafimy z tym głodem żyć, nie wariując. A to być może najtragiczniejsze z odkryć tej wstrząsającej lektury.
