fot. Dominika Szwugier
fot. Dominika Szwugier
Na tegorocznym festiwalu Bella Tofifest w Toruniu Mirosław Baka odebrał Złotego Anioła za niepokorność twórczą – nagrodę dla artystów, którzy idą własną drogą, bez oglądania się na mody i oczekiwania. Podczas wydarzenia odbyło się spotkanie z twórcami współpracującymi z Krzysztofem Kieślowskim – oprócz Baki na scenie pojawili się m.in. Zbigniew Zamachowski i Grażyna Szapołowska.
Baka wspominał swoje pierwsze spotkanie z Kieślowskim przy okazji castingu do „Dekalogu”. Jak opowiada, to nie był typowy przesłuch. Reżyser zadawał pytania osobiste, a on – młody aktor – szczerze opowiadał o sobie. To wtedy coś się między nimi zaiskrzyło. „Budowanie roli (…) to dotrzeć do tego, dlaczego bohater zrobił coś potwornego. Im głębiej się w nią wejdzie, tym lepsza rola” – mówi dziś Baka. Tę zasadę wcielił od razu w życie – rolą Jacka Łazara w Krótkim filmie o zabijaniu na trwałe zapisał się w historii polskiego kina.
W postaci młodego mordercy aktor pokazał nie tylko brutalność i degenerację, ale też rozpad człowieka w świecie bez czułości i sensu. Był powściągliwy, oszczędny, a jednocześnie niezwykle sugestywny. Kieślowski powiedział później o tej roli, że „to nie tylko aktorstwo, to zderzenie z czymś prawdziwym”. Film zdobył m.in. Nagrodę Jury w Cannes i Złote Lwy w Gdańsku.
Po sukcesie Baka na chwilę zniknął z polskiego ekranu. Pracował w Niemczech, pojawił się w filmach Michaela Kliera, zagrał także na Węgrzech w Cieniu na śniegu Atilli Janischa. W Polsce wystąpił w debiucie Jacka Skalskiego „Chce mi się wyć”, intymnym dramacie dwojga ludzi zagubionych w końcówce PRL-u. Partnerowała mu Dorota Pomykała. W tym czasie Baka intensywnie grał też w teatrze – w Jeleniej Górze i w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, z którym jest związany do dziś. Już wtedy zaczęto kojarzyć go z rolami mrocznymi, wycofanymi, nierzadko granicznymi. Rola Barabasza w Wolności dla Barabasza była początkiem tej serii.
W latach 90. Baka pojawiał się głównie w drugoplanowych, ale wyrazistych rolach filmowych. Wystąpił u Andrzeja Wajdy w „Pierścionku z orłem w koronie”, grał w sensacyjnym „Mieście prywatnym”, a w „Autoportrecie z kochanką” Piwowarskiego sportretował poczucie beznadziei i samotności z niespotykaną dyscypliną. W filmie „Nad rzeką, której nie ma” Andrzeja Barańskiego był jednym z czterech przyjaciół – zaskakująco liryczny, melancholijny. A w ekranizacji „Białego kruka” Andrzeja Stasiuka (Gnoje) stworzył postać twardą, brutalną, ale jednocześnie wewnętrznie pustą.
Z czasem zaczął pojawiać się w kinie sensacyjnym – m.in. w „Demonach wojny” i „Reichu” Pasikowskiego oraz w Ostatniej misji Wójcika. Równolegle rozwijał się jego teatr, gdzie cenił rolę „przepływu energii” między aktorem a widzem. „Bycie na scenie jest jak narkotyk” – mówił w jednym z wywiadów. Nigdy nie uznawał siebie za gwiazdę – „Jestem aktorem. To mi wystarcza”.
Jedną z najwyżej ocenianych kreacji z tego okresu był tytułowy bohater w Wyroku na Franciszka Kłosa (2000) w reżyserii Wajdy. Baka sportretował tu małomiasteczkowego policjanta granatowego, który z przekonaniem służy okupantom – aż do chwili, gdy zaczyna coś w nim pękać. Zagrał go z surowością, bez efektów – dzięki czemu postać jest jeszcze bardziej niepokojąca.
W ostatnich latach Baka przeżywa renesans. Wystąpił w „Psach 3”, „Legionach”, „Chłopach” i „Samych swoich. Początku”, gdzie ponownie pokazuje, że wie, jak opowiadać o polskiej tożsamości – i o polskich demonach. Bez patosu, bez ideologii. Z doświadczeniem aktora, który swoje już widział i przeżył.
Choć dziś gra postaci dojrzalsze, mniej brutalne, nadal jest w nich ten sam chłód, to samo napięcie. Bo Mirosław Baka – niezależnie od epoki – potrafi zagrać człowieka, który wciąż czegoś szuka, i nigdy nie jest całkiem bez winy.
