Kiedy pojawiły się pierwsze zapowiedzi filmu „Norymberga”, od razu wiedziałem, że muszę ten film zobaczyć. Temat zła, mechanizmów manipulacji i procesów norymberskich od dawna mnie interesuje, więc gdy tylko trafiła się okazja obejrzeć film jeszcze przed światową premierą, nie wahałem się ani chwili. Po prostu musiałem iść. Oglądałem go na EnergaCAMERIMAGE w Toruniu – w idealnych warunkach: z twórcami na sali, z rozmową po seansie i z Timem Blake’em Nelsonem siedzącym kilka miejsc ode mnie. To był seans, który od początku miał w sobie coś wyjątkowego.
Aktorstwo jako fundament filmu
Russell Crowe i Rami Malek prowadzą Norymbergę od pierwszej sceny. Kamera wchodzi bardzo blisko, więc widzę każdą pauzę, nerw, mikrogest i niepewność. To kino oparte na aktorach, a nie na efektach. Crowe tworzy niepokojąco charyzmatycznego Göringa. Jako widz łapię się na tym, że reaguję sympatią na jego zachowanie, co w przypadku takiej postaci wzbudza dyskomfort. Crowe wykorzystuje swoją naturalną energię, by pokazać, jak niebezpiecznie potrafi działać inteligentny, spokojny rozmówca. Ten zabieg nadaje filmowi ciężar i podkreśla jego główny temat: zło często przybiera atrakcyjną formę.
Relacja Kelley – Göring: fascynacja i gra psychologiczna
Najciekawszy element filmu buduje relacja doktora Kelleya z Göringiem. Rami Malek gra bohatera, który naprawdę fascynuje się swoim rozmówcą. Nie chodzi o ideologię, lecz o intelektualną ciekawość i chęć zrozumienia mechanizmów zła. Kelley pracuje nad zdobyciem zaufania Göringa. Słucha, pozwala mu mówić, czasem wręcz pozwala mu wygrać dialog. Widziałem, jak ta relacja wciąga także mnie. To uczucie przypomina obserwowanie niebezpiecznej gry, w której obie strony próbują przejąć kontrolę. Ten układ w końcu pęka, a film właśnie wtedy osiąga największą siłę.
Film o zrozumieniu zła, nie o rekonstrukcji procesu
Norymberga nie tworzy wiernego zapisu wydarzeń z 1945 roku. Twórcy pokazują raczej drogę do zrozumienia zła i mechanizmów, które budują władzę sprawców. Obserwuję, jak rozmowa potrafi przesunąć uwagę z ofiar na tych, którzy popełnili zbrodnie. To trudne, ale celowe. Film wciąga mnie w szarości, nie daje łatwych ocen i zmusza do refleksji nad tym, jak łatwo ulec urokowi sprawcy, gdy prowadzi on inteligentny dialog i zachowuje pełną kontrolę nad emocjami.
Autentyczne materiały i odtworzone przestrzenie
Twórcy korzystają z materiałów zgromadzonych podczas prawdziwych procesów norymberskich. Dzięki temu oglądam film, który prowadzi mnie przez miejsca zwykle ukryte przed kamerą. Zaglądam do więzienia, gdzie naziści czekali na wyroki, do pokojów przesłuchań, korytarzy i do wiernie odtworzonej sali sądowej. Te przestrzenie nadają filmowi autentyczność. Nie oglądam rekonstrukcji minuta po minucie, tylko atmosferę miejsca, w którym kształtowało się powojenne pojęcie sprawiedliwości.
Zdjęcia Dariusza Wolskiego
Po seansie słuchałem rozmowy z Dariuszem Wolskim i tam padło kilka ciekawych szczegółów o pracy nad obrazem. Wolski opowiadał, że sceny w celi Göringa oświetlał właściwie tylko jedną żarówką, bo chciał oddać realny klimat miejsca. Kiedy ktoś zapytał go o czarno-białą wersję filmu – jak chociażby w Belfaście – odpowiedział, że nie widzi w tym sensu. W filmie wykorzystuje przecież prawdziwe archiwalne fotografie i nagrania, także z obozów koncentracyjnych, więc nie chce mieszać dokumentalnej prawdy z estetyczną stylizacją.
James Vanderbilt – dlaczego właśnie on zrobił ten film
James Vanderbilt traktuje Norymbergę jak projekt, który wynika z osobistej potrzeby. Dorastał, słuchając o II wojnie światowej od swoich dziadków, ale zauważył, że dla jego dzieci ten okres brzmi jak bardzo odległa epoka. To poczucie dystansu uruchomiło w nim coś w rodzaju obowiązku: chęć opowiedzenia historii w taki sposób, by współczesny widz nie traktował jej jak muzealnego eksponatu.
Impulsem do rozpoczęcia pracy stała się książka Jacka El-Haia „Norymberga. Naziści oczami psychiatry”. Vanderbilt odkrył w niej materiał, który może stać się fundamentem „filmu życia”. Później sięgnął po dzienniki Douglasa Kelleya – „22 Cells at Nuremberg”. Dzięki temu zrozumiał, że nie wystarczy zamknąć historię w jednym pokoju i w dialogu dwóch mężczyzn. Musi pokazać szerszą perspektywę procesu, bo wydarzenia tamtych dni powstawały na przecięciu wielu decyzji, poglądów i punktów widzenia.
Sam reżyser przyznał, że scenariusz Norymbergi okazał się jednym z najtrudniejszych w jego karierze. „Ta historia ciągle się rozrastała” – mówił w oficjalnych materiałach. Ale kiedy film dostał zielone światło, Vanderbilt poszedł za ciosem. Chciał stworzyć opowieść, która ma wymiar ponadczasowy, nie tylko historyczny. Reżyser podkreśla, że pamięć o tamtych wydarzeniach jest jedyną obroną przed powtórzeniem błędów. Dlatego tak bardzo zależało mu, by ten film zobaczyło jak najwięcej osób.
Od początku chciał też, żeby Göringa zagrał Russell Crowe – bo ta postać musiała mieć coś z „gwiazdy”, kogoś, kogo inni słuchają. Z kolei Rami Malek sam zgłosił się do filmu, bo scenariusz go zaszokował i natychmiast chciał zostać częścią projektu.
Widać, że Vanderbilt robi kino z misją, ale bez patosu. I to podnosi siłę Norymbergi.
Rytm i konstrukcja filmu
Pierwsza część czasem się rozprasza, ale druga połowa wchodzi w znacznie mocniejszy rytm. Sceny sądowe trzymają uwagę od początku do końca. Słowne starcia, konfrontacje i momenty przełomu należą do najlepiej zagranych fragmentów całej produkcji. W tych scenach widzę największą siłę filmu – napięcie i emocje wynikające nie z efektów, ale z rozmowy dwóch ludzi zamkniętych w jednej przestrzeni.
Podsumowanie
Norymberga działa najmocniej jako film o relacjach, zaufaniu i manipulacji. Twórcy pokazują, że zło rzadko ma karykaturalną twarz. Często funkcjonuje w rozmowie, inteligencji, błyskotliwym komentarzu i umiejętności przejmowania kontroli nad drugim człowiekiem. Film zadaje pytanie, które zostaje ze mną długo po seansie:
jak łatwo polubić człowieka, którego nigdy nie powinienem polubić?
Seans na Camerimage tylko wzmocnił ten odbiór. Oglądałem film w idealnych warunkach: przed premierą, z twórcami na sali, z Timem Blake’em Nelsonem kilka foteli ode mnie i z rozmową Wolskiego tuż po projekcji. Taki seans zostaje w pamięci.
