Gdy państwo zaglądało do sypialni. Aborcja w czasach Ceaușescu
Bukareszt ma w sobie ciężar, którego trudno się pozbyć. Spacerując po jego uliczkach, czułem obecność dawnych czasów. Na każdym rogu wracał cień dyktatury Nicolae Ceaușescu. Najmocniej uderzyła mnie wizyta w Domu Ludowym. Pałac, który miał symbolizować potęgę kraju, wygląda dziś jak pomnik cierpienia, zbudowany na ludzkich losach i złudzeniach o wielkiej Rumunii.
Codzienność mieszkańców stolicy w czasach Ceaușescu przypominała życie w groteskowym teatrze absurdu. W kraju, który oficjalnie marzył o socjalistycznej potędze, brakowało podstawowych produktów. Półki sklepowe straszyły pustką, a ludzie godzinami stali w kolejkach, często nie wiedząc, co uda się kupić. Zimą ogrzewanie wyłączano na długie godziny, a miasto pogrążało się w ciemnościach, bo energia trafiała na eksport, by spłacać długi. W mieszkaniach panował chłód, w garnkach często tylko ocet, a w telewizji emitowano kilka godzin programu dziennie – niemal w całości propagandowego. Wszystko to działo się w cieniu gigantycznych budów, jak Dom Ludowy, które pochłaniały niewyobrażalne zasoby. Ten kontrast – głód i zimno zwykłych ludzi zestawione z megalomanią dyktatora – najlepiej oddaje kuriozalny los mieszkańców satelickiego państwa ZSRR, które miało być wizytówką socjalistycznej potęgi.
Dekret, który miał stworzyć nowy naród
1 października 1966 roku Ceaușescu podpisał dekret nr 770. Od tej chwili aborcja była niemal całkowicie zakazana, a dostęp do antykoncepcji mocno ograniczony. Wyjątki obejmowały tylko gwałt, ciężką chorobę matki lub narodziny czwartego dziecka. Władza ogłosiła, że Rumunia do roku 2000 osiągnie 25 milionów obywateli.
Dekret nie był tylko regulacją prawną, lecz częścią ideologii budowania „wielkiego narodu”. Kobieta miała stać się przede wszystkim matką. Propaganda mówiła o patriotycznym obowiązku rodzenia dzieci. Państwo stawiało płodność ponad prawa jednostki, redukując kobietę do roli inkubatora w służbie partii.
Państwo patrzyło do sypialni
System kontroli przenikał wszystkie sfery życia. Kobiety w zakładach pracy poddawano regularnym badaniom ginekologicznym, które miały upewnić władze, że ciąża jest donoszona. Lekarze stawali się funkcjonariuszami państwa – raportowali każdą ciążę i byli zobowiązani do donoszenia na pacjentki.
Strach pogłębiała sieć donosów. Sąsiedzi obserwowali się nawzajem, a plotka mogła skończyć się przesłuchaniem. Zwykłe słowa rzucone w kolejce po chleb mogły sprowadzić tragedię. Ludzie wiedzieli, że milicja i aparat partyjny mają oczy i uszy wszędzie. Prywatność była iluzją, a intymność – luksusem.
Śmierć w cieniu zakazu
Zakaz nie zatrzymał kobiet przed próbą przerwania niechcianej ciąży. Rozkwitł czarny rynek, na którym działały znachorki i osoby bez medycznego przygotowania. Do prymitywnych zabiegów używano drutów, wrzecion, łyżek czy chemicznych substancji.
Skutki były tragiczne. Kobiety krwawiły, zapadały na sepsę, umierały w domach, często w samotności. Szpitale pełne były pacjentek z powikłaniami, ale lekarze bali się pomagać – groziła im kara więzienia. Według szacunków w ciągu dwóch dekad zmarło około dziesięciu tysięcy Rumunek. Za każdą liczbą kryje się dramat – matka, córka, siostra, przyjaciółka.
„Dekretenci” – dzieci przymusu
Dekret początkowo spełnił swoją rolę. W 1967 roku urodziło się dwa razy więcej dzieci niż rok wcześniej. Pokolenie to nazwano „dekretencami”. Ceaușescu ogłaszał sukces, lecz państwo nie było gotowe na taką falę narodzin.
Brakowało mieszkań, żłobków, szkół i lekarzy. Wiele dzieci trafiało do sierocińców. Obrazy tych placówek – przepełnionych, zaniedbanych, pełnych głodnych i chorych maluchów – wstrząsnęły światem po 1989 roku. Zdjęcia dzieci stojących w metalowych łóżeczkach obiegły media jako symbol traumy Rumunii.
Pokolenie niechcianych dzieci
Skutki dekretu nr 770 nie skończyły się w latach 80. Urodziło się wtedy całe pokolenie dzieci, których rodzice nie planowali i często nie chcieli. W Rumunii mówi się o nich „dekretenci”. Wielu z nich dorastało w biedzie, bez miłości i akceptacji. Rodzice mieli poczucie, że zostali zmuszeni do ich posiadania.
Wspomnienia tych dzieci są pełne bólu. Opowiadają o chłodnym dzieciństwie, w którym słyszeli: „nie planowaliśmy cię”, „nie chciałam kolejnego dziecka”, „urodziłeś się, bo nie miałam wyboru”. To rany, które pozostają na całe życie. Psychologowie zwracają uwagę, że to pokolenie częściej mierzy się z depresją, niską samooceną i trudnościami w relacjach.
Dla wielu dekretenci stali się symbolem fiaska polityki Ceaușescu. Dyktator chciał zbudować wielki naród, a stworzył armię dzieci urodzonych w strachu i biedzie. Do dziś część z nich mówi, że czują się obywatelami drugiej kategorii – żywym dowodem na to, jak daleko może sięgać ingerencja państwa w życie prywatne.
Giulia Panfilo, badaczka z Uniwersytetu Helsińskiego, podkreśla, że trauma dekretu nie skończyła się wraz z jego zniesieniem. Według niej dotyczy już trzech pokoleń: matek zmuszonych do rodzenia, „dekretentów” wychowanych w poczuciu odrzucenia oraz ich dzieci, które dziedziczą emocjonalne braki i nieufność wobec świata. Panfilo pisze o zbiorowej pamięci, która wciąż kształtuje współczesną Rumunię.
Równocześnie Human Rights Watch zwraca uwagę, że przez lata obowiązywania dekretu Rumunia miała najwyższy w Europie wskaźnik umieralności matek. Tysiące kobiet ginęło wskutek nieudanych aborcji i zakażeń, a władze przez dekady ukrywały prawdziwe dane. To pokazuje, że zakaz nie tylko nie rozwiązał problemu, ale stworzył największy kryzys zdrowotny w historii współczesnej Rumunii.
Głos w literaturze
Te realia opisała Małgorzata Rejmer w książce Bukareszt. Kurz i krew. Reportażystka pokazała, jak dekret nr 770 rozciągnął cień na codzienne życie. Kobiety szeptały sobie niebezpieczne przepisy na przerwanie ciąży, sąsiedzi donosili, a lekarze odmawiali pomocy ze strachu. Rejmer zebrała świadectwa, które pokazują samotność, desperację i upokorzenie wpisane w codzienność.
Film, który pokazał prawdę
O traumie dekretu przypomniał także Cristian Mungiu w filmie 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni. Reżyser opowiedział historię dwóch studentek, które desperacko szukają nielegalnej aborcji. Kamera śledzi je w ciszy i strachu, a widz czuje ich upokorzenie i bezradność.
Film zdobył Złotą Palmę w Cannes w 2007 roku. Na Zachodzie stał się dowodem, jak wyglądało życie w Rumunii Ceaușescu. W samej Rumunii wywołał gorzką refleksję – przypomniał historię, o której wielu chciało zapomnieć, ale która wciąż żyje w pamięci pokolenia „dekretenców”.
Fiasko narodowego planu
Plan Ceaușescu zakończył się klęską. W 2000 roku Rumunia nie miała 25 milionów obywateli, lecz niecałe 19 milionów. Emigracja, bieda i niskie wskaźniki urodzeń obnażyły iluzję wielkiego projektu.
Zamiast potęgi naród otrzymał traumę. Wiele kobiet utraciło życie lub zdrowie. Dzieci wychowywane w sierocińcach nosiły piętno zaniedbania. Społeczeństwo zapłaciło wysoką cenę za politykę, która chciała sterować najbardziej intymną sferą życia.
Rewolucja i odzyskanie prawa do ciała
W grudniu 1989 roku reżim upadł. Jedną z pierwszych decyzji nowych władz było zniesienie zakazu aborcji. Ten gest miał ogromne znaczenie symboliczne. Pokazywał, że wolność zaczyna się od prawa do decydowania o sobie.
Bukareszt dziś
Spacerując po Bukareszcie, miałem poczucie, że ta historia nadal unosi się w powietrzu. Uliczki, spojrzenia ludzi, monumentalny Dom Ludowy – wszystko przypomina o epoce, w której państwo odebrało kobietom podmiotowość.
Dom Ludowy nie jest dziś symbolem potęgi, lecz pomnikiem ofiar. To materialne świadectwo, że gdy polityka wchodzi do sypialni, rodzi się narodowa tragedia. Rumunia pokazuje, że żaden kraj nie może budować swojej wielkości kosztem godności i życia obywateli.
