Pearl Jam i pokolenie, które wciąż słyszy swój głos
fot. Tomasz Gezela
Nie byłoby eksplozji grunge’u, gdyby nie podwójny cios zadany światu w 1991 roku. Najpierw Nirvana z Nevermind, która zamieniła gniew punkowej ulicy w globalny hymn. A kilka miesięcy wcześniej – Pearl Jam i ich Ten, płyta, która dojrzewała jak wulkan pod powierzchnią, a po roku od premiery wybuchła z całą mocą.
Pearl Jam nie wzięło się znikąd. Stone Gossard i Jeff Ament – wcześniej Green River, później Mother Love Bone – mieli za sobą bagaż doświadczeń i traumę po nagłej śmierci Andrew Wooda. Tamten cios prawie zakończył ich muzyczne marzenia. Zamiast tego stał się początkiem nowego rozdziału. Chris Cornell zebrał przyjaciół, by nagrać hołd dla Wooda jako Temple of the Dog – i właśnie wtedy na horyzoncie pojawił się Eddie Vedder. Gość z San Diego, surfer z magnetofonem pełnym własnych pomysłów. Jego głos – pełen bólu, furii i mroku – był czymś, czego brakowało układance. Tak narodził się Pearl Jam.
Na tle sceny z Seattle każdy miał swoją niszę. Nirvana była najbliżej punku, Alice in Chains flirtowało z metalem, a Pearl Jam uderzył od strony hard rocka. Ale nie był to ciężar w stylu Black Sabbath – raczej luz Led Zeppelin, swoboda The Who, szaleństwo Cream. W solówkach Mike’a McCready’ego można było usłyszeć echo Hendrixa. Dorzuć do tego funkowy groove sekcji rytmicznej i mamy mieszankę, której nikt wcześniej nie podawał w takiej dawce.
Ten powstało szybko, niemal instynktownie, i dzięki temu brzmi jak nagranie z koncertu – żywe, brudne, pełne nieokiełznanej energii. Od pierwszych riffów Once czy Even Flow słuchacz wpada w trans, a kiedy dochodzi do Alive, staje się jasne, że to coś więcej niż tylko rockowa płyta. To zapis terapii. To opowieść o rodzinnych ranach, tajemnicach i bólu, które Vedder zamienił w hymny.
Wokalista zespołu podkreślał później, że nigdy wcześniej nie słyszał podobnej muzyki. Jego zdaniem w Ten było więcej groove rocka niż klasycznego grunge’u. Wczesne kompozycje Amenta i Gossarda budowane były przede wszystkim na rytmie – gitary i efekty były ważne, ale to puls kawałków nadawał im wyjątkowy charakter, odróżniający od Jane’s Addiction, The Cult czy Chili Peppers.
Historie opowiadane na Ten są ciężkie i prawdziwe. Jeremy – samobójstwo nastolatka z Teksasu. Why Go – bunt wobec rodziców i psychiatrów zamykających dziewczynę w szpitalu. Alive – dramat rodzinny, który urasta do rangi hymnu o przetrwaniu, a w kolejnych częściach (Once, Footsteps) zmienia się w mroczny trip o szaleństwie i karze. A potem jest jeszcze Black – jeden z najpiękniejszych songów o miłości i stracie, bez patosu, ale z bólem, który każdy potrafi rozpoznać.
Inspiracje tekstów były zakorzenione w realnych wydarzeniach. Vedder napisał Jeremy po przeczytaniu w gazecie artykułu o chłopaku, który na oczach całej klasy popełnił samobójstwo. Z kolei Why Go inspirowane było losami przyjaciółki wokalisty, wysłanej do zakładu psychiatrycznego po tym, jak przyłapano ją na paleniu marihuany. Vedder widział w tym bunt wobec bezradnych rodziców i terapii, które zamiast pomagać, spychały młodych ludzi jeszcze głębiej w poczucie osamotnienia.
I tu wchodzą nasze własne wspomnienia. Dziś wielu moich znajomych publikuje w sieci swoje „świadectwa” – o tym, jak Ten wpłynęło na ich życie, ile dla nich znaczyło. Łączy nas właśnie ta fascynacja zespołem. Jesteśmy z tego samego pokolenia, dorastaliśmy razem z Pearl Jam i to zawsze w nas zostanie. Bo gdy jest Ci źle, włączasz pierwszą płytę, zamykasz oczy i wracasz myślami do lat 90. – do tamtych chwil, kiedy świat wydawał się prostszy, a muzyka była wszystkim. Nostalgia zawsze każe nam wracać do tego, co najlepsze i najbardziej nasze.
Nie dziwi więc, że Ten do dziś uchodzi za największe osiągnięcie Pearl Jam. Zespół nagrał później świetne albumy – Vs., Vitalogy, No Code, Backspacer, aż po Dark Matter z 2024 – ale nigdy nie próbował powtarzać tej samej formuły. Od sukcesu uciekali, zamiast go celebrować. Odrzucali MTV, rezygnowali z teledysków, wchodzili w spory z przemysłem muzycznym. I właśnie dlatego przetrwali, podczas gdy inni spalili się w ogniu własnej sławy.
Dziś, 34 lata po premierze, Ten wciąż brzmi świeżo. To album, który sprzedał się w milionach, ale ważniejsze jest co innego – młodzi nadal po niego sięgają i znajdują w nim siebie. Bo emocje zawarte w tej muzyce nie mają daty ważności. To nie relikt grunge’u. To wciąż żywy głos pokolenia, które szukało prawdy w czasach pełnych fałszu.
I ten głos – głos Eddiego Veddera, głos całego Pearl Jam – wciąż dudni. Także w naszych własnych wspomnieniach.

1 thought on “Pearl Jam i pokolenie, które wciąż słyszy swój głos”