Osiem lat temu, 26 sierpnia 2017 roku, polska koszykówka straciła swojego króla. Króla, który nie potrzebował tronu ani berła – wystarczyła mu piłka do koszykówki i hala pełna ludzi. Adam Wójcik odszedł zbyt wcześnie, w wieku zaledwie 47 lat, przegrywając walkę z białaczką. Ale pamięć o nim nie przemija – bo nie był tylko koszykarzem. Był symbolem epoki, wzorem do naśladowania i – jak powtarzają wszyscy, którzy go znali – po prostu dobrym człowiekiem.
Chłopak z Oławy
Historia zaczęła się na Dolnym Śląsku. Wójcik dorastał w Oławie – mieście, które kojarzono z przemysłem i siatkówką, a nie z koszykówką. Wtedy pewnie nikt nie przypuszczał, że to właśnie on wprowadzi Oławę na mapę polskiego basketu. Wypatrzył go trener Krzysztof Walonis i ściągnął do Gwardii Wrocław. Młody, nieśmiały, długonogi chłopak szybko zwrócił uwagę wszystkich: świetne warunki fizyczne, intuicja, której nie da się nauczyć, no i ta energia, z którą poruszał się po parkiecie.
Na początku bywało ciężko. Rywalizacja Gwardii ze Śląskiem bywała gorąca, a młody zawodnik nieraz musiał przyjąć „z liścia” nie tylko w przenośni. Były momenty, gdy ktoś podchodził w knajpie i mówił: „Ty, Wójcik, milicyjna pało”. Takie były realia lat 90., a jednak Adaś zawsze umiał odpowiedzieć na boisku, nie pięścią.
Blond włosy, które stały się modą
W połowie lat 90. koszykówka we Wrocławiu była religią, a Śląsk – świątynią. To właśnie tam Wójcik z Maciejem Zielińskim stworzyli duet, który rządził ligą. Cztery mistrzostwa z rzędu, pełne hale i atmosfera, którą wspomina się do dziś. Wtedy narodził się mit „króla Adama”.
Jego blond włosy stały się znakiem rozpoznawczym. U fryzjerów we Wrocławiu chłopaki zamawiali fryzurę „na Wójcika”. Miał w sobie to coś – na boisku dominował, a poza nim był tak zwyczajny, że można go było pomylić z sąsiadem z bloku. Albo z… Dawidem Murkiem, siatkarzem. „Tak, tak, oczywiście poznaję… Dawid Murek?” – usłyszał kiedyś, gdy ktoś naprawdę nie ogarnął, kim jest. Uśmiechnął się tylko i wzruszył ramionami.
Statystyki to jedno, serce – drugie
Można o nim pisać liczbami: ponad 10 tysięcy punktów w lidze, osiem mistrzostw Polski, trzy tytuły MVP. Ale to tylko część prawdy. Wójcik nie był idolem zbudowanym na cyfrach. Ludzie kochali go za skromność i normalność. W szatni nie gwiazdorzył, na treningach nie zadzierał nosa. Potrafił pocieszyć rezerwowego, tłumacząc, że każdy błąd można naprawić.
Jego żona, Krystyna, mówiła po latach: „Nigdy nie powiedział złego słowa o drugim człowieku. Nawet najsłabszego usprawiedliwiał. Wieczny optymista z uśmiechem na twarzy”.
Król w koronie – dosłownie
7 marca 2012 roku spełniło się jego wielkie marzenie – przekroczył granicę 10 000 punktów w polskiej lidze. Gdy trafił decydujący rzut, hala eksplodowała. Było konfetti, cheerleaderki i wielki tron, na którym posadzono go jak monarchę. Na torsach kibiców widniała liczba „10000”. Adam siedział na tronie w koronie, trochę speszony, trochę rozbawiony. To był on – król bez patosu.
Reprezentacja i niespełnione marzenia
W biało-czerwonych barwach rozegrał 149 spotkań. Był na czterech EuroBasketach, marzył o igrzyskach i o medalu. Nie udało się. To był chyba jedyny sportowy żal, z którym żył. Ale dla kibiców i tak pozostawał twarzą polskiej koszykówki.
Anegdoty, które budują legendę
Był czas, gdy zainteresowało się nim CBA – tylko dlatego, że rodzina wynajęła pokój w hotelu związanym z aferą hazardową. Ktoś pomylił fakty i wyszło na to, że Adam jest „zamieszany”. On sam śmiał się później, że przez chwilę zrobił z niego aferzystę ktoś, kto nie sprawdził papierów.
Grał w filmach, pojawiał się w serialach, a kibice i tak chcieli widzieć w nim przede wszystkim koszykarza. A kiedy ktoś podszedł i zamiast „Panie Adamie” powiedział „Panie Dawidzie”, nie obrażał się.
Ostatnie lata i pożegnanie
Kiedy choroba zaczęła dawać o sobie znać, wiedziało o niej niewielu. Nie chciał, by litość zastąpiła szacunek. Walczył po cichu, tak jak żył – bez skandali, bez rozgłosu. Zmarł 26 sierpnia 2017 roku. Pochowany został na Cmentarzu Grabiszyńskim we Wrocławiu.
Dziedzictwo
Dziś jego imię nosi Plac w Oławie, tramwaj nr 3310 we Wrocławiu, a także Puchar Polski. Śląsk co roku organizuje Memoriał Adama Wójcika. Ale najpiękniejszym dziedzictwem są jego synowie – Jan i Szymon – którzy poszli w ślady ojca. Gdy wychodzą na parkiet, kibice mówią, że znów widzą „Wójo”.
Król na zawsze
Adam Wójcik był postacią wyjątkową. Królem koszykówki, ale królem bez dystansu – takim, którego można było spotkać w kawiarni, na ulicy, w hali. Zawsze z tym samym uśmiechem, zawsze z dobrym słowem.
Osiem lat po jego śmierci wciąż budzi emocje. Bo nie da się mówić o polskiej koszykówce bez wspomnienia Adama Wójcika.
Król jest nieśmiertelny.
